niedziela, 12 lipiec 2009

Ich nie dogonisz

A było to tak.
Przeglądarka IE, klik.
Ulubione, klik.
Strona banku, klik.
Hasło, klik.
Ok.
Stronka znajoma. Kłódeczka na dole ekranu. Protokoł szyfrowania danych jest.
Tylko zamiast stanu konta prośba o podanie kolejnego zestawu cyfr z karty kodów.
Oczywiście w trosce o bezpieczeństwo i weryfikację moich danych.
Przyglądam się dokładnie stronie. Nie widzę żadnych przekłamań.
Układ ten sam. Kolorystyka ta sama. Teksty te same.
Sprawdzam certyfikat.
Sprawdzam wszystko co można sprawdzić.
Ok.
Wiem, że to oszustwo. Podziwiam perfekcję.
Wpisuję jakieś bzdury.
Klik.
Teraz proszą mnie już o 3 kody dostępu do konta.
Klikam wyloguj.
Skanuję komputer antywirusem (legalny, płatny, codziennie atualizowany).
1,5h diabli wzięli.
Skanuję komputer antyszpiegiem (freeware, ale dobry, aktualny, sprawdzony).
1,5h diabli wzięli.
Wykrywa kilku entuzjastów ciasteczek (cookie).
Na wszelki wypadek usuwam.
Wywołuję ponownie ulubioną przeglądarkę.
Strona banku.
Znowu ktoś pragnie zaznajomić się z moją kartą kodów.
Dzwonię na infolinię banku.
Pytam, czy zmienili zasady logowania.
Ależ skąd.
Pytają, czy jest kłódeczka na dole ekranu.
Jest.
No to ma Pan kłopot.
W swej naiwności pytam, co mi radzą.
Standard.
Dobry antywirus. Jak nie pomoże to sformatować dysk, wgrać system itd.
Dzięki.
To 3 dni roboty i pewność, że nie odzyskam wszystkiego.
Próbuję czegoś łatwiejszego.
Może inna przeglądarka ?
Wgrywam Operę.
No problem.
Wywołuję stronę banku.
Oddycham spokojnie.
Jest.
Stan konta. Dane. Wszystko po staremu.
Po tygodniu Microsoft przysyła aktualizacje krytyczną.
Wgrywam.
Fani moich kodów znikają.
Niesmak pozostaje.
Olewam IE.

Jest dobrze. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Trochę niepokoją odgłosy pracy peceta, gdy powinien być w uśpieniu.
Podglądam co jest grane.
Jakieś svchosty łączą się co kilka sekund z tajemniczymi serwerami.
Sprawdzam, kto pała rządzą poznania moich bezcennych danych.
Niespodzianka.
Przyjaciele ze wschodu.
Komputery wszystkich krajów łączcie się !
Sprawdzam IP.
Same swojsko brzmiące nazwy: Żytomierz, Vinnica, Iżewsk, 2 x Moskwa.
Blokuję połączenia.
Przynajmniej nie jestem zombie.

Za kilka dni komputer zamienia się w wyjące monstrum.
System ładuje się w nieskończoność. Procesor szaleje.
Znowu antywirus, cudowne programy, lektura forów specjalistycznych.
Nie jestem sam.
Co chwila trafiam na posty podobnych nieszczęśników.
Rady fachowców zwykle na tym samym poziomie.
Najbardziej popularna metoda to wyjaśnianie problemu metodą nieznane przez nieznane.
Jakiś uznany program wykrywa rootkity. Niestety opcja wylecz jest zablokowana.
Sprawdzam, czy są jakieś łaty do Windows.
Nie ma.
Czytam co mi radzą fachowcy na stronie supportu.
Jest jakaś szczepionka na specjalne okazje.
Wgrywam.
Aktualizuję system.
Na froncie bez zmian.
Wracam do standardowej pomocy Microsoftu.
Najprostsze rozwiązania są przecież najlepsze.
Że też wcześniej na to nie wpadłem.
Strona pomocy prowadzi mnie czule za rękę.
W trzecim kroku radzi ostatecznie:
SKONTAKTUJ SIĘ Z SERWISEM.
Nawet się nie denerwuję.
Mój cudowny antywirus wypluwa uspokajający komunikat:
KOMPUTER jest BEZPIECZNY.
Akurat.
Szukam w internecie cudownego środka.
Jeden się nie ładuje. Drugi pada w trakcie pracy. Trzeci jest skrajnym optymistą.
I wreszcie sukces.
Mały, polski programik o grafice godnej ATARI szybciutko ujawnia problemy.
Ręka drży.
Naciskam usuń.
Przeładowuję system.
Całe szczęście, że obciąłem paznokcie.
Będą tylko niewielkie ślady.
Oddycham głęboko.
Na razie wszystko w porządku.

Wyścig trwa.

poniedziałek, 18 maj 2009

Reklama dźwignią głupoty

Dlaczego twórcy reklam mają nas za idiotów?
Nie robią tego celowo.
Osiągnęli pewien poziom rozwoju i próbują go upowszechniać.
Czyż idiota wie, że jest idiotą?

Czołówka debilizmu.
Reklamy parafarmaceutyków i suplementów diety.
Czy ktoś wie co znaczą te słowa wymyślone przez szalonego szaradzistę?
Nie o to chodzi by cokolwiek wiedzieć.
Chodzi o to, by kupić.
Parę przykładów. Proszę bardzo.

Czy wiecie, że 80% odporności bierze się z brzucha.
Już samo zdanie, to cymesik językowy. A jaka wartość merytoryczna informacji.
Dlaczego właśnie 80%? Odporności na co? Z jakiej części brzucha?
Nie zadawajcie pytań.
Kupujcie i pijcie rzadkie, białe świństwo pełne okropnie przyjaznych bakterii.
Najlepiej, żeby ten cud chemii i medycyny był podstawą waszego wyżywienia.

Inny preparat uodporni od przeziębień, kataru, grypy i bóg wie czego jeszcze.
Jakiś poważny instytut przeprowadził kiedyś badania tej tajemniczej substancji.
Okazało się, że jedyna rzecz którą łagodzi, to biegunka.
Ale jakby to brzmiało:
Pij nasz napój - będziesz rzadziej latał do kibla.

Jakaś młoda kobieta cieszy się, że ma przy sobie nowość - ogromne opakowanie środków przeciwbólowych.
Prawdopodobnie chce popełnić samobójstwo.
I ja się cieszę, że ona się cieszy.

Inna cudowna tabletka spowoduje, że schudniesz o 1/3 więcej.
Tę śmiałą tezę wyjaśnia wykres, z którego dowiadujemy się, że o ile zażywając środki anonimowej konkurencji schudniesz 2kg, to stosując ich "cudo" schudniesz całe 3kg.
Do dzisiaj, myślałem, że tylko wróbel ma jedną nogę bardziej.

Preparaty przeciwzmarszczkowe.
Dokonują cudów.
Proszę sobie wyobrazić, że całkowicie usuwają objawy starości u dwudziestoletnich kobiet.
Niewiarygodne.
Nic dziwnego.
Dowiadujemy się, że zawierają kilka składników o niewyobrażalnie długich, pseudonaukowych nazwach, których nikt nie jest w stanie zapamiętać.
Pokażcie, cwaniaki, twarze kobiet w wieku pobalzakowskim po kuracji tym wynalazkiem.

Sprawy seksu w reklamie.
Proszę bardzo.
Delikatnie i intymnie.
Para młodych ludzi spotyka się w kawiarni.
On daje jej eleganckie pudełeczko.
Ona otwiera i doznaje spazmu szczęścia.
Pierścionek, brylant, obrączka?
Nie.
Nakładka wibracyjna dla niego.
Jakże szczęśliwa byłaby ta młoda dama, gdyby dostała nasadkę udarową młota wyburzeniowego.

Nieco odważniejsze są reklamy na billbordach.
Powszechnie wiadomo, że roznegliżowana kobieta kojarzy się z materiałami budowlanymi.
Nie pamiętam nazwy zaprawy budowlanej, ale panienka w wydaniu wielkoformatowym całkiem, całkiem.
Minimalistyczna, ale wykwintna bielizna.
Lekki skłon ciała z uwypukleniem tylnych krągłości.
Najwyraźniej, pręży się przy rurze.
I tylko rury brak.

Ostatnio byłem pod wielkim wrażeniem płachty reklamowej w śródmieściu Warszawy zakrywającej całą ścianę bydynku.
W centralnej części dzieła ładna blondynka w jeansach, trzymająca rękę w majtkach.
Czemu nie.
Tylko ta głowa.
Przechylona w bok pod nienaturalnym kątem.
To znaczy naturalnym dla wisielców.
Sznur wyretuszowali.

A propos wisielców.
Ostatnio wielu pojawiło się na latarniach.
To nasi dzielni kandydaci na europosłów.
Umieszczanie plakatów ze zdjęciem (najczęściej legitymacyjnym) w tak oryginalnym miejscu kojarzy się ze skrajną formą samokrytyki oraz dramatyczną próbą podsumowania dotychczasowej działalności kandydata.
Zapamiętajcie te nazwiska.

W ilości reklam przodują telekomy.
Jeśli myślicie, że do życia potrzebne są woda i powietrze, jesteście w błędzie.
Podstawą egzystencji współczesnego homo sapiens jest telefon komórkowy.
To on zapewni świetną zabawę, sukces w biznesie i full szacun.
Bez niego nie istniejesz.
Według twórców reklam telefon to nie narzędzie, to sens życia.
Wszystkie twoje problemy rozwiąże zmiana aparatu na nowszy i wybór lepszej taryfy.
I tak bez końca.

Wiarygodność reklamowanej bzdury wzmacniają często celebryci (cokolwiek to znaczy).
Ostatnio, podpora telewizyjnego spaghetti-serialu namawia na darmowy sms.
Oj, dużo można wygrać.
Ta supergwiazda zapomina dodać, że za darmo jest tylko zgłoszenie.
Później zasypią nieszczęśnika własnymi sms-ami, na które odpowiedź jest już płatna.
Gdy będziesz chciał przerwać to błędne koło, wyślesz specjalnego sms-a.
Oczywiście, że nie za darmo.

Na koniec jeszcze ciepła perła.
Właśnie dostałem maila.
Namawiają do wykupienia miejsca reklamowego na ekranach wielkoformatowych na plażach nad Bałtykiem.
To jest to. Żadna coca-cola.
Własnie tego brakowało wylegującym się, znudzonym plażowiczom.
Martwię się, że zapomnieli o audio. Światło i dźwięk. Dużo dźwięku.
Żadnego szumu morza.
Wyłącznie przekaz reklamowy.

Dla nadawcy maila mam propozycję gratis.
Tyle gór, dolin, lasów, łąk i jezior czeka jeszcze na odkrycie.
Target się dopasuje, przecież macie nas za idiotów.

sobota, 21 marzec 2009

Jaki piękny kryzys mamy.

Popatrz wokół siebie. Widzisz go?
Kogo?
No, kryzys.
Widzisz tę ogromną dziurę w ziemi. To znany deweloper ograniczył działalność do prac wykopaliskowych.
Słyszałeś, jakaś babka w radiu zapewnia, że podaruje ci nowego peugeota, jeśli tylko kupisz u niej mieszkanko. Jak nie lubisz francuzów, to wyposażą kuchnię, albo zabiorą w podróż do ciepłych krajów.
Patrz, na ogrodzeniu pobliskiej hurtowni stali czarnej wisi baner: WYPRZEDAŻ.
Stać Cię. Możesz coś kupić i przemalować na bardziej pogodny kolor.
Rząd zrezygnował z zakupów broni. Czyżby zmiana strategii na:
Make Love Not War.
Banki w trosce o Twoją kieszeń, nie udzielają kredytów. Ale nie, żeby zaraz przestały działać. Polecają lokaty wieloletnie.
Dostałeś elegancki wydruczek ze swojego II Filaru. 15% rocznej straty. Gratulują decyzji wyboru Funduszu. Twoje konto znowu wygląda jak kilka lat temu.
Zauważyłeś, jak wcześnie tego roku rozpoczął się sezon wycieczek po Warszawie. Całymi autokarami przyjeżdzają. Tak bardzo są spragnieni wrażeń, że nawet nie zdejmują ciuchów roboczych.
A potem fiesta, parady, pokazy sztucznych ogni.
Jest już palma, czas na Rio.
Jakiś amerykański guru inwestycji okazał się budowniczym piramidy. Cheops budował swoją przez 50 lat. Jemu wystarczyło tylko 5. Wiadomo, Ameryka.
W USA rozdają pieniądze.
AIG dostało równowartość naszego 3-letniego dochodu narodowego. To nie ich wina, że mamy taki mały dochód.
Prezes FORDA przylatuje żebrać o pieniądze własnym odrzutowcem. Co w tym dziwnego?
Widocznie nie miał gotówki na bilet autobusowy.
U nas będą rozdawać pieniądze.
Pracownicy będą grać w karty i pobierać połowę wynagrodzenia. Drugą dostaną w prezencie od państwa. Dolce-vita.
Rząd chce spłacać raty kredytów mieszkaniowych. Nie ciesz się, nie tobie. Bezrobotnym.
A może już i tobie.

Czyż nie jest pięknie?
No, może nie do końca.
Przeczytałem, że wysoki rangą urzędnik stołecznego ratusza dostanie skandalicznie niską nagrodę, tylko 80 tys. zł. I co, on, bidula powie żonie.
Jacyś niedorobieni menedżerowie płaczą, że zostali oszukani przez banki. Wleźli w jakieś opcje. Nie wiedzieli, co to jest. Nie wiedzieli, że to śmierdzi.
Wyobrażcie sobie gościa w kasynie, błagającego, by oddać mu wszystko co stracił, bo nie wiedział, że tu można przegrać. Ale tam mają wykidajłę.
Wziąłeś kiedyś kredyt na mieszkanie. Teraz do spłacenia masz o 1/3 więcej, ale za to twoje mieszkanie straciło 40% wartości. Prawdziwy cud mniemany.
Mądrale z bankowości twierdzą, że banki w Polsce są bezpieczne, bo nie są zależne od swoich zagranicznych właścicieli.
To całkiem rewolucyjna teza.
Wyobraż sobie, że kupujesz firmę za granicą. Płacisz, inwestujesz, modernizujesz i nie masz wpływu na jej działalność, podział zysku, strategię działania. Jakież te zagraniczne banki są głupie. Znowu je przechytrzyliśmy.
Jakiś uznany ekonomista cieszy się, że złotówka słabnie. Sprytnie dedukuje, że nasze wyroby eksportowe są conajmniej konkurencyjne cenowo na rynkach zachodnich. Ale kto ma je kupować, idioto?

No i jeszcze drobiazg. Skąd wziąć pieniądze na te bonusy dla bezrobotnych?
Proste.
Podwyższyć składkę na Fundusz Pracy, zdrowotną, rentową, jakąkolwiek.
Oczywiście pod hasłem solidarności z potrzebującymi.
Kto na tym straci?
Ja stracę. Pan straci. Pani straci. Wszyscy stracimy.

Nawiasem mówiąc, jeżeli w przyrodzie istnieje równowaga.
A w kryzysie wszyscy tracą.
To kto, do cholery, zyskuje?

sobota, 24 styczeń 2009

Sam ze sobą na sam

Każdy prowadzący mikrobiznes wcześniej, czy później dochodzi do kresu swoich możliwości. Następny krok w kierunku rozwoju firmy wymaga zatrudnienia pracowników lub pomocy z zewnątrz. O radości jaką mogą dostarczyć pracownicy już było. Dzisiaj kilka słów o tym, na co może liczyć biznesmen w rozmiarze "S".

Dofinansowanie. (dot.okresu sprzed kart kredytowych)
Idziesz do swojego banku. Masz konto 10 lat. Trochę na tobie zarobili. Czas na rewanż. Jest pierwszy sukces. Umówiłeś się z Panią Naczelnik od kredytów firmowych.
Chcesz kredyt obrotowy. Niewielki. Kilkanaście tysięcy.
Pani Naczelnik sprawia wrażenie nieco rozbawionej. Mówi, że bankowi się nie opłaca. Biznesplany, wnioski, kontrole, biurokracja. No, chyba żebym chciał jakieś dwa miliony.
To z kolei mnie rozbawia.
Inteligentna skądinąd kobieta mówi o koniecznych zabezpieczeniach. Najlepiej lokata , może być dom, no ewentualnie luksusowa bryka.
Potakuję.
Robię tajemniczą minę.
A jaką mam robić?
Mieszkanie spółdzielcze, lokata to konto bieżące z saldem niebezpiecznie zbliżającym się do zera, a limuzyna to ekskluzywne cinquecento, chociaż w niezłym stanie.
Dziękuję. Kłaniam się. Schodzę na ziemię.
Otwieram gazetę.
Czytam pean o funduszu micro. Stworzony dla takich wybrańców jak ja.
Jadę do siedziby. Młody człowiek. Mówi, że owszem. Jest im przyjemnie. Są po to by mi pomóc. Daje wizytówkę i jakiś kwestionariusz do wypełnienia. Mówi o koniecznych zaświadczeniach, biznesplanie i opiniach.
OK. Przeżyję i to.
Aha, jeszcze drobiazg. Koniecznie muszę dostarczyć poręczenia od dwóch przedsiębiorców. No, ale z tym przecież nie będzie problemu.
Może dla niego.
Wychodzę i drę wizytówkę na 16 kawałków. Na więcej się nie da.
Z dofinansowania nici, może więc uwiarygodnić moje dokonania uznaną marką.

Współpraca ze stowarzyszeniami. (czasy przedunijne)
Na początek fundacja utrzymywana z datków unijnych, powołana do promocji polskiego small biznesu.
Kamienica w city. Przystojna Pani Prezes. Prowadzi do sali konferencyjnej.
Po drodze mijam pokoje współpracowników. Nic do ukrycia. Szkło i aluminium. Nowoczesne komputery. Zerkam na ekran jednego. Pasjans to naprawdę ciężka praca. Siadamy wygodnie. Jest miło. Kawa.
Zaczyna Pani Prezes.
-Jeśli chodzi Panu o pieniądze. To nic z tego.
Czuję, że dała mi w twarz nie ruszając ręką.
- Nie, nie chodzi o pieniądze.
- To dobrze, bo wie Pan, my wszystko co dostajemy z Unii wydajemy na własne potrzeby.
Zwierza mi się, oczekując zrozumienia.
Kiwam głową, nieco zaskoczony jej szczerością. Tłumaczę, że cele naszych działań są zbieżne. Ja promuję małe firmy, a Pani robi wrażenie, że promuje.
Możemy połączyć nasze siły.
-Jak? Pyta zaciekawiona.
Chciałbym umieścić logo Unii na swoich wydawnictwach z tekstem o rekomendacji mojej skromnej firmy.
-Ciekawy pomysł, mówi. Zastanowimy się. Dam Panu odpowiedź.
Zastanawia się do dzisiaj.

Jednym z moich cudownych pomysłów jest telefoniczna informacja gospodarcza. Ludzie pytają o przedstawicielstwa firm zachodnich. Internet wtedy prawie nieznany. Postanawiam zdobyć dane u żródła.
Na początek Brytyjska Izba Handlu. Po chwili mam elegancko wydany folder ze wszystkimi members of chamber. Dziękuję.
Drudzy są Amerykanie. Time is money. Po chwili wychodzę ściskając kilkaset stron xero.
Na koniec Niemcy.
Długa rozmowa. A po co mi to. Oni nie mogą każdemu udostępniać danych.
Lekko zdziwiony upieram się, że to służy interesom firm, które reprezentują.
Muszą się zastanowić. Dzwonię za kilka dni.
Jest zgoda.
Koszt udostępnienia informacji wycenili na kilkaset marek.
A ja głupi nie wierzyłem babci, jak mówiła:
...Pamiętaj, nie ma dobrych Niemców.

Natrafiam na wzmiankę o Federacji Konsumentów.
To jest to.
Dzwonię. Proponuję nieodpłatne przekazywanie moich katalogów firm w zamian za ich logo na okładce. Pani mówi, że zna, często dzwoni po informację. Zaprasza na rozmowę. Podaje adres.
Zgadza się. Śródmieście. Gmach ministerstwa. W środku brzuchaty Rambo w mundurku. Pyta do kogo, w jakim celu, numer pokoju. Prosi o dowód. Coś tam spisuje. Jeszcze tylko identyfikator. Czuję się jak w Forcie Knox. IV p. Poszukiwania pokoju uwieńczone sukcesem. Wnętrze typowe dla urzędu. Bije dostojność.
Jest miło.
I tyle.
Zastanawiam się, jak mają tam trafić pokrzywdzeni konsumenci. Ale to w końcu ich problem.

Przeglądam książkę telefoniczną.
Jest coś dla mnie.
Jakieś Stowarzyszenie Przedsiębiorców z regionu. Pasuje.
Umawiam się z Prezesem. Szyld potwierdza, że trafiłem. Wchodzę. W środku korytarzyk i 3 pokoje. Wizytówki na drzwiach. Prezes, wiceprezes i jeszcze jeden wiceprezes. Wybieram najwyższą szarżę. Pukam. To dopiero sekretariat. Przedstawiam się i młoda dziewczyna prowadzi do gabinetu. Wyciągam rękę do faceta, przypominającego z wyglądu weterana dwóch wojen światowych. Referuję cel przybycia. Współpraca, logo, zniżki dla członków, itp.
Facet milczy. Po chwili podchodzi do małego stolika w rogu pokoju i rzuca mi kilkustronicową ulotkę zadrukowaną ramkami reklamowymi. Całość wygląda na dywersyjne działanie zdesperowanego grafika. Ozdobą wydawnictwa jest półstronicowy wywiad z Prezesem.
- O reklamę członków to sam dbam. To moje prywatne wydawnictwo.
Rozumiem. Do widzenia.

Obniżam loty.
Marnuję czas w społdzielni rzemieślniczej.
Panie, kiedyś to my byliśmy kimś. A teraz zostało nas kilku. Żyjemy z podnajmu dzierżawionego lokalu.
Dobija mnie wizyta w stowarzyszeniu kupców.
My tylko dajemy zapomogi i organizujemy imprezy gwiazdkowe, szczerze mówi Prezes w wieku poprodukcyjnym.

Propozycje od klientów
Nie powiem były.
Nawiedzeni wynalazcy, wizjonerzy, ludzie o delikatnie mówiąc rozchwianej osobowości, albo panowie z o rysach czysto wschodniosłowiańskich.
Przychodzi taki do biura. Garnitur, czarna teczka. Opowiada cuda. Proponuje wspólny interes.
Słucham. Słucham. W końcu mówię.
- Nie ma sprawy. Proszę opłacić roczny abonament na nasze usługi i możemy przejść do szczegółów.
Wtedy gość czerwienieje, rośnie w oczach i wykrzykuje:
-Daję Panu walizkę pieniędzy, a Ty chcesz ode mnie marne grosze.
Proszę zwrócić uwagę na stopniowanie tytułów. Z taktem przechodzi na TY.
Delikatnie wyjaśniam, że od czegoś trzeba zacząć.
To zwykle kończy rozmowę.

Miałem propozycje uczestniczenia w imporcie diamentów, skór niedźwiedzich, a na życzenie nawet tygrysich, wszelkich kopalin, starych ikon, złomu i innych prcecjozów. Wszystko to nieco przekraczało zakres mojego zezwolenia na działalność. Szkoda, cholera.

Byli i konkretni.
Założą mi przedstawicielstwa w wybranych miastach europejskich. Niedrogo i solidnie. Pełne koszty utrzymania biura i personelu miałbym zaszczyt ponosić osobiście. Nie wiedzieli nieszczęśni, że jednym z moich haseł reklamowych jest frazes:
....Zanim zdobędziesz świat, podbij okolicę.
Największym poczuciem humoru okazał się przedsiębiorca, który osobiście pofatygował się do biura. Żądał gratis i natychmiast szczegółowych danych o wszystkich producentach odzieży z terenu całego kraju. Uprzejmie wyjaśniłem, że przygotujemy co w naszej mocy, ale takie zestawienie musi trochę kosztować.
Niedoszły klient zerwał się z miejsca wykrzykując słowa powszechnie uznane za obelżywe. Orację zakończył tekstem:
...Pan jesteś mały i masz mały interes !
O co mu chodziło?
Chyba nie o mój mikrobiznes.

Resumee.
Pozostaje wierzyć pewnemu mędrcowi, że wiedział co mówi, twierdząc:
Nigdy nie jesteś mniej samotny, niż gdy jesteś sam.

niedziela, 14 grudzień 2008

INTERNET - mundus vult decipi

Wszyscy lubimy być oszukiwani. Wszyscy lubimy grzebać w śmietniku.
Nieprawda, no to posłuchaj.

INTERNET jako źródło informacji
Wkurzam się, gdy czytam, słyszę, oglądam wydawałoby się inteligentnych ludzi wygłaszających dyrdymały, że internet to cudowne remedium na wyrównanie szans, powszechną edukację, swobodny dostęp do wiedzy i Bóg wie co jeszcze.
Poprzedni, jaśnie nam panujący wymyślił nawet internetowy autobus objazdowy.
Idea godna najlepszych kabaretów z czasów słusznie minionych.
Jedź i krzew kaganek internetu.
Nie wypaliło, bo nie mogło wypalić.
Najlepiej pomysł zrecenzowała kilkuletnia dziewczynka mówiąc, że jest rozczarowana, bo u siebie w remizie może grać na komputerze dwie godziny, a tutaj tylko 15 minut.
Ta mała miała rację.
Internet to przede wszystkim ROZRYWKA.
Czasem nawet nie zamierzona, bo nigdy nie wiesz co zobaczysz na ekranie.
Szczerze współczułem załodze pewnego biura walczącej z ekranem powitalnym ukazującym się po włączeniu komputera. Zamiast sielskiego widoczka wybranego przez szefa, pojawiał się obrazek z roznegliżowaną pięknością w pozie małoartystycznej. A oni tylko szukali ciekawych stron w internecie.
I z pewnością takie znaleźli.
Na podstawie prywatnej analizy pytań internetowych twierdzę, że niektórzy wyprzedzili postęp technologiczny i uwierzyli w istnienie sztucznej inteligencji. Są przekonani, że po drugiej stronie ekranu siedzi mądrala, znający odpowiedź na każde głupie pytanie.
No bo jak wytłumaczyć pytania do wyszukiwarki:
... fabryka butów na literę k ...
... czy firma abc produkuje sprzęt w chinach ...
... kremowo-szara garsonka z żorżety w numerze 44 ...
Najciekawsze, ze zawsze otrzymują odpowiedź. Co ja mówię.
Tysiące odpowiedzi.
A może jednak ON tam jest ?

INTERNET - zakupy wirtualne
Sposób na okazję - porównywarki cenowe.
Nic prostszego. Klikasz i masz.
Mailujesz do sklepu.
Towaru nie ma, był wczoraj, spóźniłeś się.
Jest za to lepszy, inny, trochę droższy.
No dobra, ceny to tylko żart sprzedawcy. Zrozum go.
Chciałbyś być na końcu listy ?
Sprawdzasz opinie o sklepie.
Same superlatywy. Och i ach.
Nikt nie jest samobójcą.
Od czego mamy znajomych. A nawet jak nie mamy, są firmy, które napiszą co trzeba.
Wierzysz, bo chcesz wierzyć.

INTERNET - fora dyskusyjne
Jeszcze niedawno, czytałeś książki, pytałeś starszych, może mądrzejszych.
Dzisiaj wyrocznią i mentorem jest zuza88 lub kafel79 z forum entuzjastów wychowania bez sensu. (wpisz dowolną nazwę, na pewno trafisz na takowe).
Z reguły nieszkodliwe.
Ale gdy z twoją córką koresponduje 60-letni młodzieniec przedstawiający się jako fan japońskich kreskówek, to nie jesteś zachwycony, prawda.
Tylko, że ona gra doświadczoną trzydziestkę. Całkiem udanie.

INTERNET - portale społecznościowe
Wszyscy piękni, młodzi i bogaci. Upajają się jakimiś bzdurami z okresu krótkich spodenek i seksownych szkolnych fartuszków. Chcą zatrzymać czas, wrócić do rzeczy, do których nie ma powrotu.
Każdy chce należeć do wybrańców, elity, jedynych sprawiedliwych, itp.
Dlaczego ?
Bo, mają dosyć rzeczywistości, wyścigu szczurów, monotonii dorosłego życia.
Chociaż przez kilka minut zapominają o urokach życia w naszej pięknej, wolnej, kapitalistycznej ojczyźnie.

Od pewnego czasu obserwuję portal pozycjonerów stron.
To po prostu chore.
Rządzi kilku facetów, którzy wierzą, że rozgryżli algorytm pozycjonowania gugla.
To guru.
Pozostali, to młodzi lub bardzo młodzi ludzie, którzy wpadają w depresję o godz. 4 rano z powodu:
...spadku pozycji swojej strony z 5 na 6 miejsce,
...zmniejszenia liczby zaindeksowanych podstron ze 120K do 119K
(K = 1024),
...problemu czy to już ban (strona karnie wyrzucona z rejestrów wyszukiwarki),
...czy dopiero filtr (wyszukiwarka ignoruje słowa kluczowe powiązane ze stroną).
Krytyka innych za nieetyczne pozycjonowanie to stały motyw kilku wątków dyskusyjnych. Jakby nie wiedzieli, że pozycjonowanie jest z natury rzeczy nieetyczne.
O tym, co zobaczysz na ekranie po zadaniu pytania decyduje stopień chamstwa i bezczelności wypychania swojej strony spośród tysięcy innych.
...addery (programy dodające adres strony do katalogów),
...eswuele (systemy wymiany linków),
...generatory treści (te debilizmy, zbitki przypadkowych słów które czasem masz przyjemność zobaczyć na oglądanej stronie),
...pingowanie (tworzenie sztucznego ruchu na stronie).
Cholernie etyczne narzędzia, nieprawdaż.

INTERNET - poczta internetowa
Jestem doprawdy wzruszony, gdy czytam jak prominentny nigeryjczyk chce się podzielić zawartością swego tajnego konta, dyrektor loterii narodowej z wysp Wesołego Alleluja informuje mnie o wygranej w wysokości pół miliona dolarów, a nieznany amerykanin martwi się grubością mojego penisa.
Jeśli znudzi cię lektura powyższych rewelacji stosujesz filtr antyspamowy.
Czeka cię radosna niespodzianka, gdy przypadkiem odkryjesz wiadomości oczekiwane od tygodni w rejestrze odrzuconych.
Niewyczerpane żródło rozrywki stanowią maile od firm, które poskąpiły paru groszy na płatne konta pocztowe. Nie mają pojęcia co automat dopisze na końcu wiadomości. A dopisuje urocze teksty w stylu:
... buziaki dla szefa...
lub
... wyginaj śmiało ciało ...
Często masz kłopoty ze zrozumieniem sensu wiadomości lub wypowiedzi na forum. Nie dlatego, że jesteś skończonym idiotą. To nadawca ma gdzieś ortografię.
Wiem, nasz język jest trudny, ale nauczanie początkowe jest do cholery obowiązkowe.
Jedyna rada. Przeczytaj tajemniczy tekst na głos. Czasami pomaga.
Broń Boże, nie szukaj w słowniku ortograficznym. Słowniki są dla tych, którzy znają ortografię, błędów tam nie znajdziesz.

I jeszcze jedno.
Jeśli nie rozszyfrowałeś tytułu - zajrzyj do internetu.

czwartek, 13 listopad 2008

Urząd przyjacielem twym

Witamy entuzjastów czarnej komedii. W rolach głównych urzędy, urzędnicy i za przeproszeniem petent, czyli autor.
Przyglądaliście się kiedyś nieszczęśnikom próbującym załatwić coś w urzędzie? Ja dzielę ich na dwie grupy. Pierwsza: zagubieni, zrezygnowani, spanikowani, błąkający się bez celu, zanudzający wszystkich historią swoich krzywd lub prośbami o informację. Druga: wściekli, z rozbieganym wzrokiem i rozwianym włosem (z wyjątkiem łysych). Desperaci przekonani o słuszności swoich racji. Z uporem maniaka dążący do wymiany ciosów, nie wiedząc, że reprezentują niższą kategorię wagową.
Moja współpraca z urzędami jest kulturalna, miła, oparta na obustronnej sympatii i zaufaniu. Zasada główna - całkowity brak bezpośredniego kontaktu. Za wszelką cenę unikam zwarcia. Niestety życie czasem zmusza do łamania zasad. A było to tak...
Urząd Skarbowy
Dzwoni telefon. Odbieram. Przedstawiam się. Z drugiej strony pada nazwisko, stopień służbowy, nazwa departamentu, numer urzędu. Po części oficjalnej następują czułości:
- Pan od kilku miesięcy nie płaci podatku...
Chyba jakaś pomyłka. Przysięgam, że co do grosza...
- Żadna pomyłka, nie mamy wpłat...
Mam potwierdzenia przelewów. Mogę pokazać...
- Czekam...
Łapię przelewy, lecę.
Urzędniczka rzuca lewym okiem na przyniesioną makulaturę i autorytatywnie stwierdza:
- Na pewno błędne konto...
Sprawdzam trzykrotnie, wpadam w cyfropląs i nieśmiało protestuję że jest ok.
Jej wysokość nie wierzy i udaje się do kierownika. Już po dwóch kwadransach, wraca i z rozbrajającym uśmiechem oświadcza, że moje pieniądze zostały błędnie zaksięgowane na konto innego podmiotu. Już mogę iść. Ani przepraszam, ani pocałuj...
Żądam spotkania z kierowniczką.
Jest. Naprawdę przychodzi. Nie bacząc na wizję ciągłych kontroli, staję do boju i urządzam śliczną awanturę.
Dwa dni poźniej dzwoni telefon. Znajoma pani z urzędu informuje, że zostałem wybrany Podatnikiem Miesiąca. Czuję, jak rozpiera mnie duma. Już widzę siebie w radiu, telewizji, gazetach. Staję się sławny.
Dzień poźniej dzwoni telefon. Znajoma dama z urzędu informuje, że niestety nie mogą mi przyznać zaszczytnego tytułu, bo w tym miesiącu nagradzają wolne zawody. Czar pryska. Wracam na ziemię.

A propos kontroli.
Jedyną jaką miałem przyjemność przeżyć, była z Urzędu Pracy. Przyszło dwóch gości. Klasyczny duet, zły glina i dobry glina. Przez cztery godziny szukali cudzoziemców. Skąd miałem ich wziąć. Z braku takowych przyczepili się do akt personalnych. Brakowało dyplomów ukończenia szkół przez pracowników. Wyszli niepocieszeni udzielając nagany.

A teraz ZUS.
Moja ukochana skarbonka przypomniała sobie, że 9 lat temu źle wypełniłem jakieś dokumenty. Nie chodziło o pieniądze, tylko błędne rubryki. Niestety, nie wystarczyła korekta. Należało przekazać komplet deklaracji z 3 miesięcy ( jakieś 30 sztuk). Ściągam z netu najnowszą wersję superprogramu Płatnik. Przekopuję swoje archiwum. Odtwarzam bazę. Drukuję i wpadam w panikę. Poza jednym dokumentem wszystkie mają żle wyliczoną jedną ze składek. Sprawdzam tabele zaszyte w programie. Błąd. Próbuję poprawić. Nici. Wprowadzam swoje dane i gwałcę komunikat: czy zatwierdzać mimo błędów?
Oczywiście. Wysyłam dokumenty pocztą. Jest ok.
Tego samego dnia piszę maila do ulubionego urzędu. Uprzejmie informuję o ich radosnej twórczości. Nie wierzę, że nadejdzie odpowiedź.
I co. Jest. Już na drugi dzień. Wyjaśniają, że i owszem jest błąd i oni o tym wiedzą. W geście dobrej woli przysyłaję mi protezkę programową, którą mogę sobie puścić bokiem. Bokiem to ja sobie mogę puścić, ale co innego.
To jeszcze nie wszystko, jeśli ktoś kiedyś wynegocjował z ZUSem ratalny układ spłat, niech nie liczy, że wpłacone raty zasilą jego konto. System tego nie przewiduje. Dla niego twoje pieniądze znikają w wielkiej czarnej dziurze. Dziurze za ponad miliard złotych.

Teraz zajmiemy się TP (dawniej Telekomunikacja Polska).
Postanowiłem skorygować dane którymi dysponowała ta zasłużona instytucja. Wyobrażcie sobie, dotarłem do samego centrum komputerowego (nomen omen wówczas na ulicy św.Barbary). Pani kierownik zasiadła do klawiatury i osobiście wpisała poprawne informacje. Ja, pełen wdzięczności, pognałem po bombonierkę.
Po tygodniu dziewczyny mówią, że informacja telefoniczna TP twierdzi, że nie ma mojej firmy.
Niemożliwe.
Możliwe.
Pojawiam się ponownie na świętej ulicy. Przedstawiam problem. Pani sprawdza i mówi, że zniknąłem. Nie ma. Null. Zero. Jak, przecież wszystko wprowadziliśmy. Sam widziałem. Na własne oczy.
No tak, mówi, ale w międzyczasie mieliśmy małą awarię i znikło trochę rekordów. Ucieszyłem się, że na szczęście nie było dużej.

Na koniec zostawiam sobie Służbę Zdrowia. Może to nie urząd, ale spełnia wszystkie kryteria do tego zaszczytnego miana.
Mam zasadę. Nie chorować. Nie dlatego, że nie lubię. Przyczyna jest bardziej prozaiczna. Chorujesz, nie zarabiasz. Ale kiedyś coś mnie podkusiło. Poszedłem do przychodni rejonowej po poradę. A co, tyle lat płacę zdrowotne, to wymagam. W środku sami dyżurni bywalcy. Wszyscy się znają, wymieniają fachowe uwagi, kwitnie życie towarzyskie. Spytałem grzecznie, kto ostatni. Czekam. Po trzech godzinach moja kolej. Wchodzę.
Jakaś zmęczona kobieta w białym szlafroku wita mnie krzykiem:
- A pan do kogo należy?
Zgłupiałem, z tego co wiem, to już we wczesnym średniowieczu nie było u nas niewolnictwa. Rzucam nieśmiało:
-Do nikogo...
- No, którego lekarza pan wybrał?
Ryzykuję.
-...Panią...
Odpowiedź prawidłowa. Odetchłem. Mówię, z czym przychodzę. Pani doktór przerywa.
- Co pan myśli, że ja jestem specjalistką?
Trzaskam drzwiami. Już nic nie myślę.
Aha, z ostatniej chwili. Zauważyłem, że mam za krótkie ręce do czytania. Zrobiłem specjalistyczne badania oczu. Wynik, nieco mnie zaskoczył - mam sokoli wzrok.
OK.
Widocznie teraz drukują niewyraźnie.

Na koniec mały apel do wszystkich petentów, podaniodawców i urzędofobów:
Kochajcie ludzie urzędy. Kochajcie do jasnej cholery !!!

niedziela, 5 październik 2008

Polowanie czas zacząć.

Wszystkich mających kłopoty z sercem, ckliwych, nadwrażliwych i alergicznie reagujących na krew proszę o nieczytanie tego tekstu.
Będzie o polowaniu na klienta.
Wszystkie metody dozwolone, żadnych okresów ochronnych, po prostu freestyle.
No, może nie do końca. Obowiązuje 11-e przykazanie:
SZANUJ KLIENTA SWEGO.
Bez względu, co sobą reprezentuje i co o nim myślisz. Szanuj go, bo to ON płaci twoje rachunki.
No to zaczynamy.

Wytropienie ofiary.

Żmudny i niewdzięczny proces przebijania się przez gęste, kolczaste zasieki z nawiedzonych sekretarek, asystentek i recepcjonistek. Pomimo niewątpliwego uroku, taktu i profesjonalizmu umówienie się z szefem na kilkuminutową prezentację graniczy z cudem. Według panienek z formacji obronnych przeciwnika, szef znajduje się zawsze poza biurem i nigdy nie wiadomo, kiedy będzie. Czasami mam wrażenie, że szef jest legendą, postacią mityczną, a prawdziwy i jedyny punkt dowodzenia znajduje się w sekretariacie.
Standardowe: proszę przysłać fax/mail z ofertą, jest subtelną sugestią odłożenia słuchawki.
Nic nie wysyłaj, bo nikt nie przeczyta.
Nie zrażasz się i próbujesz dalej. Przy 120-ej próbie osiągasz pełen sukces. Udało się. Połączyli cię z kimś o nazwisku... Cholera, nie dosłyszałeś nazwiska. Nie ważne. W ciągu 15 sekund przedstawiasz zarys swojej rewelacyjnej oferty i termin audiencji zostaje wyznaczony.

Ogary poszły w las.

Przygotowujesz materiały do prezentacji. Ubierasz galowy mundurek. Jedziesz.
A tu miła niespodzianka. Szefa nie ma i dzisiaj już nie będzie. Zaciskasz zęby, choć na usta ciśnie się pewien ekspresyjny wyraz. Grzecznie zostawiasz ofertę i mówisz "do widzenia" , chociaż żadnego widzenia nie będzie.
Nie załamuj się. Zadzwoń za miesiąc. Jest duża szansa, że "ten Pan już tam nie pracuje". Zadzwoń za pół roku. Być może usłyszysz miły damski głos, "ta Firma już nie istnieje".
Mała rzecz, a cieszy.
Czasem będziesz miał okazję do bezpośredniej konfrontacji z przeciwnikiem. Żadnej wymiany ciosów, on czeka, ty punktujesz. Same logiczne wnioski, rzeczowe statystyki i porównania. Przynęta musi chwycić. Po zakończeniu nagonki czekasz na decyzję. Zamiast niej pada (do wyboru):
- ja o niczym nie decyduję (to szef marketingu),
- co Pan nam właściwie proponuje (a miał taką mądrą minę),
- może w przyszłym roku (wyczerpali limit wydatków - chodzi o astronomiczną sumę 300-800zł) ,
- zastanowimy się i odpowiemy (ani się nie zastanowią, ani nie odpowiedzą)
- czemu dotychczas nie znałem Pana firmy (ale już zna, do cholery).
Wszystkich przebija właściciel sieci hurtowni elektrotechnicznych mówiąc:
Mnie to się bardzo podoba. Ale u nas o wszystkim decyduje Mamusia.
Zdębiałem. Gdzie jestem. W domu dziecka, w domu wariatów ?
Typowym argumentem niedoszłej ofiary jest kulturalna i delikatna uwaga.
Panie, mnie tu codziennie nachodzi kilkunastu takich jak Pan.
Ok. Nie zrażasz się i tłumaczysz, że jesteś lepszy, masz mniejsze ceny, a efekty mówią same za siebie. Może i mówią , ale nie do niego. Logika jest ostatnią rzeczą, której powinieneś oczekiwać. Powody akceptacji są zawsze nieodgadnioną zagadką. Spodobasz się, wygrasz.

Wielokrotnie spotkasz się z odkrywczymi uwagami np:
Czy pan wie, że internet uruchomił podobną firmę?
Przez chwilę nie dowierzasz. Znasz całą konkurencję. Ale firma Pana Interneta to coś nowego.

Myślisz, że masz pojęcie o informatyce, wyszukiwarkach, portalach, pozycjonowaniu stron. Nic z tego. Facet jest naprawdę dobry i o internecie wie wszystko. Ma swoją stronę firmową, więc jak ktoś zna jej adres, to natychmiast może go odnaleźć. To nic, że strona okropna, że dane były już nieaktualne w momencie publikacji, że chodzi o tych, którzy nie znają jej adresu. On jest zadowolony. Musi być zadowolony, bo właśnie zapłacił kupę forsy za przedłużenie abonamentu. Inny myśliwy był tu przed Tobą i użył bazooki. Cóż, wszystkie chwyty dozwolone.

Następna ofiara, to zatwardziały tradycjonalista. Twierdzi, że wystarcza mu reklama w książkach telefonicznych. I tu go mamy.
Na początek nieśmiało pytamy w której książce. Co drugi zaczyna się plątać, że w takiej grubej, takiej żółtej, no nie pamięta. Jeśli trafisz na tego z drugiej połówki, prosisz o znalezienie ogłoszenia wewnątrz księgi. Facet z uśmiechem na ustach otwiera książkę i zaczyna szukać.
Boże, jak on szuka.
Po około 3 minutach gość czerwony na twarzy, spocony, z lekko trzęsącymi się dłońmi rezygnuje. Jest TWÓJ.
Nawiasem mówiąc jeden z klientów (artykuły dla niemowląt) znalazł swoją ramkę w dziale pogrzebowe. Trochę się zdenerwował. Niepotrzebnie. Wskazano mu naturalną ścieżkę rozwoju firmy. Od narodzin do ...

W chwili desperacji wymyślasz inne metody nagonki.

Mailing - poczta elektroniczna, to jest to.
Błąd.
Wszystko co z takim trudem wymyślisz, a czego nie zamówił adresat, jest spamem. Grzywna co prawda nieduża ( 5tys.), ale jesteś legalistą, masz klasę i nie będziesz używał metod zabronionych. Wprawdze codziennie dostajesz dziesiątki niechcianych ofert na adres swojej skrzynki, ale na żadne nie odpowiadasz. Nieliczne wyróżniasz naciskając ikonkę KASUJ dopiero po przeczytaniu. Z twoją ofertą byłoby podobnie. Widzisz, ile zaoszczędziłeś.
Ale co robić?
Proste. Stawiasz formularz zgłoszeniowy na jednej ze swoich stron. Dajesz informację o superpromocji i czekasz.
Są pierwsze zgłoszenia.
Tworzysz próbkę tego co jesteś w stanie zaproponować, dołączasz atrakcyjny opis usług i wzmiankę o niewielkiej opłacie abonamentowej. Wysyłasz mailem.
Czekasz.
Czekasz tydzień. Nic. Wysyłasz ponownie.
5% odpowiada.
Myśleli, że to za darmo.
Nie wytrzymujesz i piszesz list gratulacyjny do zgłoszeniodawcy chwaląc jego pomysł na biznes polegający na bezpłatnym rozdawnictwie. Przecież musisz odreagować.

SUKCES

Od czasu do czasu w sieci można ujrzeć jakiegoś zaplątanego szaraka. Żeby mu zrobić dobrze musisz poznać ofertę jego firmy. Promować możesz wszystko, ale to on musi wyartykułować podstawowe potrzeby i opowiedzieć coś o firmie. I tutaj niespodzianka. Żadna, no prawie żadna firma nie ma gotowych ofert reklamowych na przyzwoitym poziomie.
Na ogół dominują bzdury typu: dynamicznie się rozwijająca, stosująca nowoczesne rozwiązania, zatrudniająca profesjonalistów, mająca na uwadze dobro klienta i konkurencyjne ceny.
Ludzie, jeśli byście stosowali przestarzałe rozwiązania, zatrudniali analfabetów, kpili z klienta i mieli ceny z sufitu to dopiero byłoby ciekawie.
Przykład dał jeden z moich klientów, który uparł się promować autorskie hasło reklamowe:
U nas najgorzej. U nas najdrożej.
Facet jeszcze przez pół roku wdrażał je w życie. Przegiął. No, może trochę. Ale był przynajmniej oryginalny.

Prawdziwy sukces czujesz dopiero, gdy klient wróci. Kiedy dokona kolejnego zakupu. Kiedy jest z ciebie zadowolony. I kiedy słyszysz, jak starsza Pani przekazawszy firmę córce przestrzega ją widząc jak podpisuje umowę:
Nie rób tego. Zestarzejesz się z tym Panem jak ja.