sobota, 10 października 2009

W poszukiwaniu zdrowego rozsądku

Śmiem twierdzić, że do rozwiązania większości problemów wystarczy szczypta zdrowego rozsądku. Niestety stosowanie najprostszych rozwiązań jest prawdopodobnie zabronione.
Istnieje totalny pęd ku zagmatwaniu wszystkiego, co można rozwiązać szybko i intuicyjnie.
Logika, doświadczenie życiowe, oczywistość są spychane poza horyzont racjonalnego myślenia.
O czym dyskutowaliby politycy, jeśli rozwiązanie problemu jest oczywiste.

Przykład 1.
Pamiętacie co nam obiecywano wprowadzająć reformę ZUSu.
Oszczędzasz na starość na imiennym koncie.
Po osiągnięciu wieku w którym jeszcze masz siły wydać uzbieraną fortunę, bierzesz całość lub dzielisz wypłatę na raty. Ty decydujesz.
Jeśli zejdziesz z tego świata, bliscy pocieszą się całkiem niezłą sumką. Twoje pieniądze, co przecież oczywiste, są dziedziczne.
Znakomici fachowcy w funduszach emerytalnych dbają o pomnażanie twoich oszczędności.
Ty masz tylko płacić.

Eksperyment się nie udał.

Poza obowiązkowymi opłatami nic nie zostało z obietnic.
A wystarczyło trochę zdrowego rozsądku.
Każdy otwiera konto emerytalne w dowolnie wybranym banku.
Wypłaty zablokowane do czasu wybicia godziny "zero".
Koszty utrzymania konta groszowe.
Oprocentowanie wyższe niż avista. Przecież to lokata bardzo długoterminowa.
Nie przejdzie, bo za proste.

Przykład 2.
Duże przedsiębiorstwo. Właściciel chce zmian. Załoga nie. Siadają do stołu.
Do kilkudziesięciu stołów, bo tyle jest w zakładzie związków zawodowych.
Należy uzgodnić kilkadziesiąt porozumień. Oczywiście to nieralne. Konflikt narasta.
A kto powiedział, że należy negocjować ze wszystkimi.
Trzeba rozmawiać z załogą. Ok.
Związki reprezentują załogę. Ok.
W takim razie niech najpierw porozumieją się wszystkie związki na terenie zakładu.
Ustalą o co walczą. Spiszą postulaty i wybiorą reprezentację do rozmów.
Że właściciel zrobi co chce, bo dzielni związkowcy nigdy nie dojdą do porozumienia.
A to już ich problem.

Przykład 3.
Składki dla rolników.
W Polsce obowiązuje powszechny podatek dochodowy. Powszechny, bo rozlicza go każdy, kto osiąga przychód.
Nieprawda.
Rolnik nie płaci.
Dlaczego?
Bo jest biedny z zasady. W każdym razie tak ustalono i już.
A dopłaty unijne to nie przychód.
Nie, bo mieszkaniec wsi wyda je w celu osiągnięcia przychodu.
W innym przypadku dochodzi do wyłudzenia dopłaty.
No to osiąga przychód, czy nie, do cholery.
No osiąga, ale ma koszty.
No to niech dokumentuje koszty i przychody, a będzie wiedział ile i czy w ogóle ma coś zapłacić.
Nie, bo nie.
Niech nam żyje PSL.

Przykład 4.
Pamiętacie zasadę komunistycznego raju:
Każdemy według potrzeb.
Na razie realizowane jest zmodyfikowane hasło:
Niektórym według potrzeb.
Patrząc na wynagrodzenia niewątpliwie wybitnych prezesów, menedżerów, celebrytów, gwiazd sportu łapiesz się za głowę.
Za co.
Ludzie, za co tyle szmalu.
Za to, że są wybitni.
Kilkadziesiąt milionów wynagrodzenia, bo obraca miliardami. Nie swoimi i z kiepskim skutkiem, ale to nieważne.
100 tysięcy USD, bo najlepiej na świecie wykorzystuje właściwości giętkiego kija skacząc o 1cm więcej niż poprzednio.
5 tys.PLN za dzień zdjęciowy, bo jest ważną, trzecioplanową podporą serialu którego nikt rozumny nie ogląda.
145 tys. zielonych, bo doszła do półfinału turnieju tenisowego. W tym celu 3 godziny machała rakietą.
Kochani to więcej niż przeciętny kredyt hipoteczny.
Nieszczęśnicy będą go spłacać przez 30-40 lat.
Ktoś powie, co cię to obchodzi, nie twoje pieniądze.
G... prawda, to my jesteśmy głównym sponsorem tego cyrku.
Kupujesz, płacisz, przepłacasz.
Ludzie więcej zdrowego rozsądku.

Przykład 5.
Ochrona praw osobowych. To dopiero perełka głupoty.
Każdy ma prawo do prywatności. Ale prawo nie może prowadzić do absurdu.

Policja wymyśliła że będzie publikować wizerunki niedoścignionych klientów w internecie.
Rzecznik zbada, czy jest to legalne.
Wcale się nie dziwię.
Po pierwsze, ktoś mógłby rozpoznać bandytę. Skandal.
Po drugie, najpierw należy uzyskać zgodę zainteresowanego na publikację wizerunku.
Po trzecie, zainteresowany może być nieusatysfakcjonowany wyborem zdjęcia do kolekcji.
Z pewnością w swoich zbiorach posiada ciekawsze ujęcia, lepszy profil lub bardziej atrakcyjne otoczenie.

Czy zdarzyło się wam stanąć przed wejściem do klatki (cudo określenie) i zapomnieć, jaki numer mieszkania kolegi uwiecznić na klawiaturze domofonu.
25 może 29, na pewno dwójka z przodu.
Drobiazg, patrzysz na listę lokatorów i wiesz.
O nie, lista lokatorów jest tajna.
Publikacja taka zawierałaby nazwiska i imiona przyporządkowane do numerów mieszkań.
To brzmi jak cytat z biuletynu IPN.
Przyznacie, że ktoś nieodpowiedzialny mógłby z tego zrobić użytek. Nie wiem tylko jaki.
Może ktoś z lokatorów się ukrywa.
Może wstydzi się, że mieszka tu gdzie mieszka.
Może...

Nowinka z wczoraj.
Inspektor od danych zastanawia się czy podawanie IP komputera (numeru w sieci) na forach internetowych jest dopuszczalne.
Oczywiście, że nie.
Forumowicz wypluwająć stek wulgaryzmów został do tego z pewnością zmuszony.
Absolutnie nie ponosi odpowiedzialności za swoją wypowiedź.
Że zapomniał się podpisać pod niewątpliwie oryginalną wypowiedzią. No cóż, może chce zachować incognito, może jest nieśmiały, może nie zgadza się ze sobą.
To prowadzi do paranoi.
W dzisiejszych czasach nikt i nigdzie nie jest anonimowy.
Czy nam się to podoba, czy nie.
Co za różnica. Jest IP, czy go nie ma.

A co do zdrowego rozsądku.
Należy go wpisać na listę rzeczy zaginionych.
Oczywiście, za zgodą odpowiedniego rzecznika.

niedziela, 12 lipca 2009

Ich nie dogonisz

A było to tak.
Przeglądarka IE, klik.
Ulubione, klik.
Strona banku, klik.
Hasło, klik.
Ok.
Stronka znajoma. Kłódeczka na dole ekranu. Protokoł szyfrowania danych jest.
Tylko zamiast stanu konta prośba o podanie kolejnego zestawu cyfr z karty kodów.
Oczywiście w trosce o bezpieczeństwo i weryfikację moich danych.
Przyglądam się dokładnie stronie. Nie widzę żadnych przekłamań.
Układ ten sam. Kolorystyka ta sama. Teksty te same.
Sprawdzam certyfikat.
Sprawdzam wszystko co można sprawdzić.
Ok.
Wiem, że to oszustwo. Podziwiam perfekcję.
Wpisuję jakieś bzdury.
Klik.
Teraz proszą mnie już o 3 kody dostępu do konta.
Klikam wyloguj.
Skanuję komputer antywirusem (legalny, płatny, codziennie atualizowany).
1,5h diabli wzięli.
Skanuję komputer antyszpiegiem (freeware, ale dobry, aktualny, sprawdzony).
1,5h diabli wzięli.
Wykrywa kilku entuzjastów ciasteczek (cookie).
Na wszelki wypadek usuwam.
Wywołuję ponownie ulubioną przeglądarkę.
Strona banku.
Znowu ktoś pragnie zaznajomić się z moją kartą kodów.
Dzwonię na infolinię banku.
Pytam, czy zmienili zasady logowania.
Ależ skąd.
Pytają, czy jest kłódeczka na dole ekranu.
Jest.
No to ma Pan kłopot.
W swej naiwności pytam, co mi radzą.
Standard.
Dobry antywirus. Jak nie pomoże to sformatować dysk, wgrać system itd.
Dzięki.
To 3 dni roboty i pewność, że nie odzyskam wszystkiego.
Próbuję czegoś łatwiejszego.
Może inna przeglądarka ?
Wgrywam Operę.
No problem.
Wywołuję stronę banku.
Oddycham spokojnie.
Jest.
Stan konta. Dane. Wszystko po staremu.
Po tygodniu Microsoft przysyła aktualizacje krytyczną.
Wgrywam.
Fani moich kodów znikają.
Niesmak pozostaje.
Olewam IE.

Jest dobrze. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Trochę niepokoją odgłosy pracy peceta, gdy powinien być w uśpieniu.
Podglądam co jest grane.
Jakieś svchosty łączą się co kilka sekund z tajemniczymi serwerami.
Sprawdzam, kto pała rządzą poznania moich bezcennych danych.
Niespodzianka.
Przyjaciele ze wschodu.
Komputery wszystkich krajów łączcie się !
Sprawdzam IP.
Same swojsko brzmiące nazwy: Żytomierz, Vinnica, Iżewsk, 2 x Moskwa.
Blokuję połączenia.
Przynajmniej nie jestem zombie.

Za kilka dni komputer zamienia się w wyjące monstrum.
System ładuje się w nieskończoność. Procesor szaleje.
Znowu antywirus, cudowne programy, lektura forów specjalistycznych.
Nie jestem sam.
Co chwila trafiam na posty podobnych nieszczęśników.
Rady fachowców zwykle na tym samym poziomie.
Najbardziej popularna metoda to wyjaśnianie problemu metodą nieznane przez nieznane.
Jakiś uznany program wykrywa rootkity. Niestety opcja wylecz jest zablokowana.
Sprawdzam, czy są jakieś łaty do Windows.
Nie ma.
Czytam co mi radzą fachowcy na stronie supportu.
Jest jakaś szczepionka na specjalne okazje.
Wgrywam.
Aktualizuję system.
Na froncie bez zmian.
Wracam do standardowej pomocy Microsoftu.
Najprostsze rozwiązania są przecież najlepsze.
Że też wcześniej na to nie wpadłem.
Strona pomocy prowadzi mnie czule za rękę.
W trzecim kroku radzi ostatecznie:
SKONTAKTUJ SIĘ Z SERWISEM.
Nawet się nie denerwuję.
Mój cudowny antywirus wypluwa uspokajający komunikat:
KOMPUTER jest BEZPIECZNY.
Akurat.
Szukam w internecie cudownego środka.
Jeden się nie ładuje. Drugi pada w trakcie pracy. Trzeci jest skrajnym optymistą.
I wreszcie sukces.
Mały, polski programik o grafice godnej ATARI szybciutko ujawnia problemy.
Ręka drży.
Naciskam usuń.
Przeładowuję system.
Całe szczęście, że obciąłem paznokcie.
Będą tylko niewielkie ślady.
Oddycham głęboko.
Na razie wszystko w porządku.

Wyścig trwa.

poniedziałek, 18 maja 2009

Reklama dźwignią głupoty

Dlaczego twórcy reklam mają nas za idiotów?
Nie robią tego celowo.
Osiągnęli pewien poziom rozwoju i próbują go upowszechniać.
Czyż idiota wie, że jest idiotą?

Czołówka debilizmu.
Reklamy parafarmaceutyków i suplementów diety.
Czy ktoś wie co znaczą te słowa wymyślone przez szalonego szaradzistę?
Nie o to chodzi by cokolwiek wiedzieć.
Chodzi o to, by kupić.
Parę przykładów. Proszę bardzo.

Czy wiecie, że 80% odporności bierze się z brzucha.
Już samo zdanie, to cymesik językowy. A jaka wartość merytoryczna informacji.
Dlaczego właśnie 80%? Odporności na co? Z jakiej części brzucha?
Nie zadawajcie pytań.
Kupujcie i pijcie rzadkie, białe świństwo pełne okropnie przyjaznych bakterii.
Najlepiej, żeby ten cud chemii i medycyny był podstawą waszego wyżywienia.

Inny preparat uodporni od przeziębień, kataru, grypy i bóg wie czego jeszcze.
Jakiś poważny instytut przeprowadził kiedyś badania tej tajemniczej substancji.
Okazało się, że jedyna rzecz którą łagodzi, to biegunka.
Ale jakby to brzmiało:
Pij nasz napój - będziesz rzadziej latał do kibla.

Jakaś młoda kobieta cieszy się, że ma przy sobie nowość - ogromne opakowanie środków przeciwbólowych.
Prawdopodobnie chce popełnić samobójstwo.
I ja się cieszę, że ona się cieszy.

Inna cudowna tabletka spowoduje, że schudniesz o 1/3 więcej.
Tę śmiałą tezę wyjaśnia wykres, z którego dowiadujemy się, że o ile zażywając środki anonimowej konkurencji schudniesz 2kg, to stosując ich "cudo" schudniesz całe 3kg.
Do dzisiaj, myślałem, że tylko wróbel ma jedną nogę bardziej.

Preparaty przeciwzmarszczkowe.
Dokonują cudów.
Proszę sobie wyobrazić, że całkowicie usuwają objawy starości u dwudziestoletnich kobiet.
Niewiarygodne.
Nic dziwnego.
Dowiadujemy się, że zawierają kilka składników o niewyobrażalnie długich, pseudonaukowych nazwach, których nikt nie jest w stanie zapamiętać.
Pokażcie, cwaniaki, twarze kobiet w wieku pobalzakowskim po kuracji tym wynalazkiem.

Sprawy seksu w reklamie.
Proszę bardzo.
Delikatnie i intymnie.
Para młodych ludzi spotyka się w kawiarni.
On daje jej eleganckie pudełeczko.
Ona otwiera i doznaje spazmu szczęścia.
Pierścionek, brylant, obrączka?
Nie.
Nakładka wibracyjna dla niego.
Jakże szczęśliwa byłaby ta młoda dama, gdyby dostała nasadkę udarową młota wyburzeniowego.

Nieco odważniejsze są reklamy na billbordach.
Powszechnie wiadomo, że roznegliżowana kobieta kojarzy się z materiałami budowlanymi.
Nie pamiętam nazwy zaprawy budowlanej, ale panienka w wydaniu wielkoformatowym całkiem, całkiem.
Minimalistyczna, ale wykwintna bielizna.
Lekki skłon ciała z uwypukleniem tylnych krągłości.
Najwyraźniej, pręży się przy rurze.
I tylko rury brak.

Ostatnio byłem pod wielkim wrażeniem płachty reklamowej w śródmieściu Warszawy zakrywającej całą ścianę bydynku.
W centralnej części dzieła ładna blondynka w jeansach, trzymająca rękę w majtkach.
Czemu nie.
Tylko ta głowa.
Przechylona w bok pod nienaturalnym kątem.
To znaczy naturalnym dla wisielców.
Sznur wyretuszowali.

A propos wisielców.
Ostatnio wielu pojawiło się na latarniach.
To nasi dzielni kandydaci na europosłów.
Umieszczanie plakatów ze zdjęciem (najczęściej legitymacyjnym) w tak oryginalnym miejscu kojarzy się ze skrajną formą samokrytyki oraz dramatyczną próbą podsumowania dotychczasowej działalności kandydata.
Zapamiętajcie te nazwiska.

W ilości reklam przodują telekomy.
Jeśli myślicie, że do życia potrzebne są woda i powietrze, jesteście w błędzie.
Podstawą egzystencji współczesnego homo sapiens jest telefon komórkowy.
To on zapewni świetną zabawę, sukces w biznesie i full szacun.
Bez niego nie istniejesz.
Według twórców reklam telefon to nie narzędzie, to sens życia.
Wszystkie twoje problemy rozwiąże zmiana aparatu na nowszy i wybór lepszej taryfy.
I tak bez końca.

Wiarygodność reklamowanej bzdury wzmacniają często celebryci (cokolwiek to znaczy).
Ostatnio, podpora telewizyjnego spaghetti-serialu namawia na darmowy sms.
Oj, dużo można wygrać.
Ta supergwiazda zapomina dodać, że za darmo jest tylko zgłoszenie.
Później zasypią nieszczęśnika własnymi sms-ami, na które odpowiedź jest już płatna.
Gdy będziesz chciał przerwać to błędne koło, wyślesz specjalnego sms-a.
Oczywiście, że nie za darmo.

Na koniec jeszcze ciepła perła.
Właśnie dostałem maila.
Namawiają do wykupienia miejsca reklamowego na ekranach wielkoformatowych na plażach nad Bałtykiem.
To jest to. Żadna coca-cola.
Własnie tego brakowało wylegującym się, znudzonym plażowiczom.
Martwię się, że zapomnieli o audio. Światło i dźwięk. Dużo dźwięku.
Żadnego szumu morza.
Wyłącznie przekaz reklamowy.

Dla nadawcy maila mam propozycję gratis.
Tyle gór, dolin, lasów, łąk i jezior czeka jeszcze na odkrycie.
Target się dopasuje, przecież macie nas za idiotów.

sobota, 21 marca 2009

Jaki piękny kryzys mamy.

Popatrz wokół siebie. Widzisz go?
Kogo?
No, kryzys.
Widzisz tę ogromną dziurę w ziemi. To znany deweloper ograniczył działalność do prac wykopaliskowych.
Słyszałeś, jakaś babka w radiu zapewnia, że podaruje ci nowego peugeota, jeśli tylko kupisz u niej mieszkanko. Jak nie lubisz francuzów, to wyposażą kuchnię, albo zabiorą w podróż do ciepłych krajów.
Patrz, na ogrodzeniu pobliskiej hurtowni stali czarnej wisi baner: WYPRZEDAŻ.
Stać Cię. Możesz coś kupić i przemalować na bardziej pogodny kolor.
Rząd zrezygnował z zakupów broni. Czyżby zmiana strategii na:
Make Love Not War.
Banki w trosce o Twoją kieszeń, nie udzielają kredytów. Ale nie, żeby zaraz przestały działać. Polecają lokaty wieloletnie.
Dostałeś elegancki wydruczek ze swojego II Filaru. 15% rocznej straty. Gratulują decyzji wyboru Funduszu. Twoje konto znowu wygląda jak kilka lat temu.
Zauważyłeś, jak wcześnie tego roku rozpoczął się sezon wycieczek po Warszawie. Całymi autokarami przyjeżdzają. Tak bardzo są spragnieni wrażeń, że nawet nie zdejmują ciuchów roboczych.
A potem fiesta, parady, pokazy sztucznych ogni.
Jest już palma, czas na Rio.
Jakiś amerykański guru inwestycji okazał się budowniczym piramidy. Cheops budował swoją przez 50 lat. Jemu wystarczyło tylko 5. Wiadomo, Ameryka.
W USA rozdają pieniądze.
AIG dostało równowartość naszego 3-letniego dochodu narodowego. To nie ich wina, że mamy taki mały dochód.
Prezes FORDA przylatuje żebrać o pieniądze własnym odrzutowcem. Co w tym dziwnego?
Widocznie nie miał gotówki na bilet autobusowy.
U nas będą rozdawać pieniądze.
Pracownicy będą grać w karty i pobierać połowę wynagrodzenia. Drugą dostaną w prezencie od państwa. Dolce-vita.
Rząd chce spłacać raty kredytów mieszkaniowych. Nie ciesz się, nie tobie. Bezrobotnym.
A może już i tobie.

Czyż nie jest pięknie?
No, może nie do końca.
Przeczytałem, że wysoki rangą urzędnik stołecznego ratusza dostanie skandalicznie niską nagrodę, tylko 80 tys. zł. I co, on, bidula powie żonie.
Jacyś niedorobieni menedżerowie płaczą, że zostali oszukani przez banki. Wleźli w jakieś opcje. Nie wiedzieli, co to jest. Nie wiedzieli, że to śmierdzi.
Wyobrażcie sobie gościa w kasynie, błagającego, by oddać mu wszystko co stracił, bo nie wiedział, że tu można przegrać. Ale tam mają wykidajłę.
Wziąłeś kiedyś kredyt na mieszkanie. Teraz do spłacenia masz o 1/3 więcej, ale za to twoje mieszkanie straciło 40% wartości. Prawdziwy cud mniemany.
Mądrale z bankowości twierdzą, że banki w Polsce są bezpieczne, bo nie są zależne od swoich zagranicznych właścicieli.
To całkiem rewolucyjna teza.
Wyobraż sobie, że kupujesz firmę za granicą. Płacisz, inwestujesz, modernizujesz i nie masz wpływu na jej działalność, podział zysku, strategię działania. Jakież te zagraniczne banki są głupie. Znowu je przechytrzyliśmy.
Jakiś uznany ekonomista cieszy się, że złotówka słabnie. Sprytnie dedukuje, że nasze wyroby eksportowe są conajmniej konkurencyjne cenowo na rynkach zachodnich. Ale kto ma je kupować, idioto?

No i jeszcze drobiazg. Skąd wziąć pieniądze na te bonusy dla bezrobotnych?
Proste.
Podwyższyć składkę na Fundusz Pracy, zdrowotną, rentową, jakąkolwiek.
Oczywiście pod hasłem solidarności z potrzebującymi.
Kto na tym straci?
Ja stracę. Pan straci. Pani straci. Wszyscy stracimy.

Nawiasem mówiąc, jeżeli w przyrodzie istnieje równowaga.
A w kryzysie wszyscy tracą.
To kto, do cholery, zyskuje?

sobota, 24 stycznia 2009

Sam ze sobą na sam

Każdy prowadzący mikrobiznes wcześniej, czy później dochodzi do kresu swoich możliwości. Następny krok w kierunku rozwoju firmy wymaga zatrudnienia pracowników lub pomocy z zewnątrz. O radości jaką mogą dostarczyć pracownicy już było. Dzisiaj kilka słów o tym, na co może liczyć biznesmen w rozmiarze "S".

Dofinansowanie. (dot.okresu sprzed kart kredytowych)
Idziesz do swojego banku. Masz konto 10 lat. Trochę na tobie zarobili. Czas na rewanż. Jest pierwszy sukces. Umówiłeś się z Panią Naczelnik od kredytów firmowych.
Chcesz kredyt obrotowy. Niewielki. Kilkanaście tysięcy.
Pani Naczelnik sprawia wrażenie nieco rozbawionej. Mówi, że bankowi się nie opłaca. Biznesplany, wnioski, kontrole, biurokracja. No, chyba żebym chciał jakieś dwa miliony.
To z kolei mnie rozbawia.
Inteligentna skądinąd kobieta mówi o koniecznych zabezpieczeniach. Najlepiej lokata , może być dom, no ewentualnie luksusowa bryka.
Potakuję.
Robię tajemniczą minę.
A jaką mam robić?
Mieszkanie spółdzielcze, lokata to konto bieżące z saldem niebezpiecznie zbliżającym się do zera, a limuzyna to ekskluzywne cinquecento, chociaż w niezłym stanie.
Dziękuję. Kłaniam się. Schodzę na ziemię.
Otwieram gazetę.
Czytam pean o funduszu micro. Stworzony dla takich wybrańców jak ja.
Jadę do siedziby. Młody człowiek. Mówi, że owszem. Jest im przyjemnie. Są po to by mi pomóc. Daje wizytówkę i jakiś kwestionariusz do wypełnienia. Mówi o koniecznych zaświadczeniach, biznesplanie i opiniach.
OK. Przeżyję i to.
Aha, jeszcze drobiazg. Koniecznie muszę dostarczyć poręczenia od dwóch przedsiębiorców. No, ale z tym przecież nie będzie problemu.
Może dla niego.
Wychodzę i drę wizytówkę na 16 kawałków. Na więcej się nie da.
Z dofinansowania nici, może więc uwiarygodnić moje dokonania uznaną marką.

Współpraca ze stowarzyszeniami. (czasy przedunijne)
Na początek fundacja utrzymywana z datków unijnych, powołana do promocji polskiego small biznesu.
Kamienica w city. Przystojna Pani Prezes. Prowadzi do sali konferencyjnej.
Po drodze mijam pokoje współpracowników. Nic do ukrycia. Szkło i aluminium. Nowoczesne komputery. Zerkam na ekran jednego. Pasjans to naprawdę ciężka praca. Siadamy wygodnie. Jest miło. Kawa.
Zaczyna Pani Prezes.
-Jeśli chodzi Panu o pieniądze. To nic z tego.
Czuję, że dała mi w twarz nie ruszając ręką.
- Nie, nie chodzi o pieniądze.
- To dobrze, bo wie Pan, my wszystko co dostajemy z Unii wydajemy na własne potrzeby.
Zwierza mi się, oczekując zrozumienia.
Kiwam głową, nieco zaskoczony jej szczerością. Tłumaczę, że cele naszych działań są zbieżne. Ja promuję małe firmy, a Pani robi wrażenie, że promuje.
Możemy połączyć nasze siły.
-Jak? Pyta zaciekawiona.
Chciałbym umieścić logo Unii na swoich wydawnictwach z tekstem o rekomendacji mojej skromnej firmy.
-Ciekawy pomysł, mówi. Zastanowimy się. Dam Panu odpowiedź.
Zastanawia się do dzisiaj.

Jednym z moich cudownych pomysłów jest telefoniczna informacja gospodarcza. Ludzie pytają o przedstawicielstwa firm zachodnich. Internet wtedy prawie nieznany. Postanawiam zdobyć dane u żródła.
Na początek Brytyjska Izba Handlu. Po chwili mam elegancko wydany folder ze wszystkimi members of chamber. Dziękuję.
Drudzy są Amerykanie. Time is money. Po chwili wychodzę ściskając kilkaset stron xero.
Na koniec Niemcy.
Długa rozmowa. A po co mi to. Oni nie mogą każdemu udostępniać danych.
Lekko zdziwiony upieram się, że to służy interesom firm, które reprezentują.
Muszą się zastanowić. Dzwonię za kilka dni.
Jest zgoda.
Koszt udostępnienia informacji wycenili na kilkaset marek.
A ja głupi nie wierzyłem babci, jak mówiła:
...Pamiętaj, nie ma dobrych Niemców.

Natrafiam na wzmiankę o Federacji Konsumentów.
To jest to.
Dzwonię. Proponuję nieodpłatne przekazywanie moich katalogów firm w zamian za ich logo na okładce. Pani mówi, że zna, często dzwoni po informację. Zaprasza na rozmowę. Podaje adres.
Zgadza się. Śródmieście. Gmach ministerstwa. W środku brzuchaty Rambo w mundurku. Pyta do kogo, w jakim celu, numer pokoju. Prosi o dowód. Coś tam spisuje. Jeszcze tylko identyfikator. Czuję się jak w Forcie Knox. IV p. Poszukiwania pokoju uwieńczone sukcesem. Wnętrze typowe dla urzędu. Bije dostojność.
Jest miło.
I tyle.
Zastanawiam się, jak mają tam trafić pokrzywdzeni konsumenci. Ale to w końcu ich problem.

Przeglądam książkę telefoniczną.
Jest coś dla mnie.
Jakieś Stowarzyszenie Przedsiębiorców z regionu. Pasuje.
Umawiam się z Prezesem. Szyld potwierdza, że trafiłem. Wchodzę. W środku korytarzyk i 3 pokoje. Wizytówki na drzwiach. Prezes, wiceprezes i jeszcze jeden wiceprezes. Wybieram najwyższą szarżę. Pukam. To dopiero sekretariat. Przedstawiam się i młoda dziewczyna prowadzi do gabinetu. Wyciągam rękę do faceta, przypominającego z wyglądu weterana dwóch wojen światowych. Referuję cel przybycia. Współpraca, logo, zniżki dla członków, itp.
Facet milczy. Po chwili podchodzi do małego stolika w rogu pokoju i rzuca mi kilkustronicową ulotkę zadrukowaną ramkami reklamowymi. Całość wygląda na dywersyjne działanie zdesperowanego grafika. Ozdobą wydawnictwa jest półstronicowy wywiad z Prezesem.
- O reklamę członków to sam dbam. To moje prywatne wydawnictwo.
Rozumiem. Do widzenia.

Obniżam loty.
Marnuję czas w społdzielni rzemieślniczej.
Panie, kiedyś to my byliśmy kimś. A teraz zostało nas kilku. Żyjemy z podnajmu dzierżawionego lokalu.
Dobija mnie wizyta w stowarzyszeniu kupców.
My tylko dajemy zapomogi i organizujemy imprezy gwiazdkowe, szczerze mówi Prezes w wieku poprodukcyjnym.

Propozycje od klientów
Nie powiem były.
Nawiedzeni wynalazcy, wizjonerzy, ludzie o delikatnie mówiąc rozchwianej osobowości, albo panowie z o rysach czysto wschodniosłowiańskich.
Przychodzi taki do biura. Garnitur, czarna teczka. Opowiada cuda. Proponuje wspólny interes.
Słucham. Słucham. W końcu mówię.
- Nie ma sprawy. Proszę opłacić roczny abonament na nasze usługi i możemy przejść do szczegółów.
Wtedy gość czerwienieje, rośnie w oczach i wykrzykuje:
-Daję Panu walizkę pieniędzy, a Ty chcesz ode mnie marne grosze.
Proszę zwrócić uwagę na stopniowanie tytułów. Z taktem przechodzi na TY.
Delikatnie wyjaśniam, że od czegoś trzeba zacząć.
To zwykle kończy rozmowę.

Miałem propozycje uczestniczenia w imporcie diamentów, skór niedźwiedzich, a na życzenie nawet tygrysich, wszelkich kopalin, starych ikon, złomu i innych prcecjozów. Wszystko to nieco przekraczało zakres mojego zezwolenia na działalność. Szkoda, cholera.

Byli i konkretni.
Założą mi przedstawicielstwa w wybranych miastach europejskich. Niedrogo i solidnie. Pełne koszty utrzymania biura i personelu miałbym zaszczyt ponosić osobiście. Nie wiedzieli nieszczęśni, że jednym z moich haseł reklamowych jest frazes:
....Zanim zdobędziesz świat, podbij okolicę.
Największym poczuciem humoru okazał się przedsiębiorca, który osobiście pofatygował się do biura. Żądał gratis i natychmiast szczegółowych danych o wszystkich producentach odzieży z terenu całego kraju. Uprzejmie wyjaśniłem, że przygotujemy co w naszej mocy, ale takie zestawienie musi trochę kosztować.
Niedoszły klient zerwał się z miejsca wykrzykując słowa powszechnie uznane za obelżywe. Orację zakończył tekstem:
...Pan jesteś mały i masz mały interes !
O co mu chodziło?
Chyba nie o mój mikrobiznes.

Resumee.
Pozostaje wierzyć pewnemu mędrcowi, że wiedział co mówi, twierdząc:
Nigdy nie jesteś mniej samotny, niż gdy jesteś sam.

niedziela, 14 grudnia 2008

INTERNET - mundus vult decipi

Wszyscy lubimy być oszukiwani. Wszyscy lubimy grzebać w śmietniku.
Nieprawda, no to posłuchaj.

INTERNET jako źródło informacji
Wkurzam się, gdy czytam, słyszę, oglądam wydawałoby się inteligentnych ludzi wygłaszających dyrdymały, że internet to cudowne remedium na wyrównanie szans, powszechną edukację, swobodny dostęp do wiedzy i Bóg wie co jeszcze.
Poprzedni, jaśnie nam panujący wymyślił nawet internetowy autobus objazdowy.
Idea godna najlepszych kabaretów z czasów słusznie minionych.
Jedź i krzew kaganek internetu.
Nie wypaliło, bo nie mogło wypalić.
Najlepiej pomysł zrecenzowała kilkuletnia dziewczynka mówiąc, że jest rozczarowana, bo u siebie w remizie może grać na komputerze dwie godziny, a tutaj tylko 15 minut.
Ta mała miała rację.
Internet to przede wszystkim ROZRYWKA.
Czasem nawet nie zamierzona, bo nigdy nie wiesz co zobaczysz na ekranie.
Szczerze współczułem załodze pewnego biura walczącej z ekranem powitalnym ukazującym się po włączeniu komputera. Zamiast sielskiego widoczka wybranego przez szefa, pojawiał się obrazek z roznegliżowaną pięknością w pozie małoartystycznej. A oni tylko szukali ciekawych stron w internecie.
I z pewnością takie znaleźli.
Na podstawie prywatnej analizy pytań internetowych twierdzę, że niektórzy wyprzedzili postęp technologiczny i uwierzyli w istnienie sztucznej inteligencji. Są przekonani, że po drugiej stronie ekranu siedzi mądrala, znający odpowiedź na każde głupie pytanie.
No bo jak wytłumaczyć pytania do wyszukiwarki:
... fabryka butów na literę k ...
... czy firma abc produkuje sprzęt w chinach ...
... kremowo-szara garsonka z żorżety w numerze 44 ...
Najciekawsze, ze zawsze otrzymują odpowiedź. Co ja mówię.
Tysiące odpowiedzi.
A może jednak ON tam jest ?

INTERNET - zakupy wirtualne
Sposób na okazję - porównywarki cenowe.
Nic prostszego. Klikasz i masz.
Mailujesz do sklepu.
Towaru nie ma, był wczoraj, spóźniłeś się.
Jest za to lepszy, inny, trochę droższy.
No dobra, ceny to tylko żart sprzedawcy. Zrozum go.
Chciałbyś być na końcu listy ?
Sprawdzasz opinie o sklepie.
Same superlatywy. Och i ach.
Nikt nie jest samobójcą.
Od czego mamy znajomych. A nawet jak nie mamy, są firmy, które napiszą co trzeba.
Wierzysz, bo chcesz wierzyć.

INTERNET - fora dyskusyjne
Jeszcze niedawno, czytałeś książki, pytałeś starszych, może mądrzejszych.
Dzisiaj wyrocznią i mentorem jest zuza88 lub kafel79 z forum entuzjastów wychowania bez sensu. (wpisz dowolną nazwę, na pewno trafisz na takowe).
Z reguły nieszkodliwe.
Ale gdy z twoją córką koresponduje 60-letni młodzieniec przedstawiający się jako fan japońskich kreskówek, to nie jesteś zachwycony, prawda.
Tylko, że ona gra doświadczoną trzydziestkę. Całkiem udanie.

INTERNET - portale społecznościowe
Wszyscy piękni, młodzi i bogaci. Upajają się jakimiś bzdurami z okresu krótkich spodenek i seksownych szkolnych fartuszków. Chcą zatrzymać czas, wrócić do rzeczy, do których nie ma powrotu.
Każdy chce należeć do wybrańców, elity, jedynych sprawiedliwych, itp.
Dlaczego ?
Bo, mają dosyć rzeczywistości, wyścigu szczurów, monotonii dorosłego życia.
Chociaż przez kilka minut zapominają o urokach życia w naszej pięknej, wolnej, kapitalistycznej ojczyźnie.

Od pewnego czasu obserwuję portal pozycjonerów stron.
To po prostu chore.
Rządzi kilku facetów, którzy wierzą, że rozgryżli algorytm pozycjonowania gugla.
To guru.
Pozostali, to młodzi lub bardzo młodzi ludzie, którzy wpadają w depresję o godz. 4 rano z powodu:
...spadku pozycji swojej strony z 5 na 6 miejsce,
...zmniejszenia liczby zaindeksowanych podstron ze 120K do 119K
(K = 1024),
...problemu czy to już ban (strona karnie wyrzucona z rejestrów wyszukiwarki),
...czy dopiero filtr (wyszukiwarka ignoruje słowa kluczowe powiązane ze stroną).
Krytyka innych za nieetyczne pozycjonowanie to stały motyw kilku wątków dyskusyjnych. Jakby nie wiedzieli, że pozycjonowanie jest z natury rzeczy nieetyczne.
O tym, co zobaczysz na ekranie po zadaniu pytania decyduje stopień chamstwa i bezczelności wypychania swojej strony spośród tysięcy innych.
...addery (programy dodające adres strony do katalogów),
...eswuele (systemy wymiany linków),
...generatory treści (te debilizmy, zbitki przypadkowych słów które czasem masz przyjemność zobaczyć na oglądanej stronie),
...pingowanie (tworzenie sztucznego ruchu na stronie).
Cholernie etyczne narzędzia, nieprawdaż.

INTERNET - poczta internetowa
Jestem doprawdy wzruszony, gdy czytam jak prominentny nigeryjczyk chce się podzielić zawartością swego tajnego konta, dyrektor loterii narodowej z wysp Wesołego Alleluja informuje mnie o wygranej w wysokości pół miliona dolarów, a nieznany amerykanin martwi się grubością mojego penisa.
Jeśli znudzi cię lektura powyższych rewelacji stosujesz filtr antyspamowy.
Czeka cię radosna niespodzianka, gdy przypadkiem odkryjesz wiadomości oczekiwane od tygodni w rejestrze odrzuconych.
Niewyczerpane żródło rozrywki stanowią maile od firm, które poskąpiły paru groszy na płatne konta pocztowe. Nie mają pojęcia co automat dopisze na końcu wiadomości. A dopisuje urocze teksty w stylu:
... buziaki dla szefa...
lub
... wyginaj śmiało ciało ...
Często masz kłopoty ze zrozumieniem sensu wiadomości lub wypowiedzi na forum. Nie dlatego, że jesteś skończonym idiotą. To nadawca ma gdzieś ortografię.
Wiem, nasz język jest trudny, ale nauczanie początkowe jest do cholery obowiązkowe.
Jedyna rada. Przeczytaj tajemniczy tekst na głos. Czasami pomaga.
Broń Boże, nie szukaj w słowniku ortograficznym. Słowniki są dla tych, którzy znają ortografię, błędów tam nie znajdziesz.

I jeszcze jedno.
Jeśli nie rozszyfrowałeś tytułu - zajrzyj do internetu.

czwartek, 13 listopada 2008

Urząd przyjacielem twym

Witamy entuzjastów czarnej komedii. W rolach głównych urzędy, urzędnicy i za przeproszeniem petent, czyli autor.
Przyglądaliście się kiedyś nieszczęśnikom próbującym załatwić coś w urzędzie? Ja dzielę ich na dwie grupy. Pierwsza: zagubieni, zrezygnowani, spanikowani, błąkający się bez celu, zanudzający wszystkich historią swoich krzywd lub prośbami o informację. Druga: wściekli, z rozbieganym wzrokiem i rozwianym włosem (z wyjątkiem łysych). Desperaci przekonani o słuszności swoich racji. Z uporem maniaka dążący do wymiany ciosów, nie wiedząc, że reprezentują niższą kategorię wagową.
Moja współpraca z urzędami jest kulturalna, miła, oparta na obustronnej sympatii i zaufaniu. Zasada główna - całkowity brak bezpośredniego kontaktu. Za wszelką cenę unikam zwarcia. Niestety życie czasem zmusza do łamania zasad. A było to tak...
Urząd Skarbowy
Dzwoni telefon. Odbieram. Przedstawiam się. Z drugiej strony pada nazwisko, stopień służbowy, nazwa departamentu, numer urzędu. Po części oficjalnej następują czułości:
- Pan od kilku miesięcy nie płaci podatku...
Chyba jakaś pomyłka. Przysięgam, że co do grosza...
- Żadna pomyłka, nie mamy wpłat...
Mam potwierdzenia przelewów. Mogę pokazać...
- Czekam...
Łapię przelewy, lecę.
Urzędniczka rzuca lewym okiem na przyniesioną makulaturę i autorytatywnie stwierdza:
- Na pewno błędne konto...
Sprawdzam trzykrotnie, wpadam w cyfropląs i nieśmiało protestuję że jest ok.
Jej wysokość nie wierzy i udaje się do kierownika. Już po dwóch kwadransach, wraca i z rozbrajającym uśmiechem oświadcza, że moje pieniądze zostały błędnie zaksięgowane na konto innego podmiotu. Już mogę iść. Ani przepraszam, ani pocałuj...
Żądam spotkania z kierowniczką.
Jest. Naprawdę przychodzi. Nie bacząc na wizję ciągłych kontroli, staję do boju i urządzam śliczną awanturę.
Dwa dni poźniej dzwoni telefon. Znajoma pani z urzędu informuje, że zostałem wybrany Podatnikiem Miesiąca. Czuję, jak rozpiera mnie duma. Już widzę siebie w radiu, telewizji, gazetach. Staję się sławny.
Dzień poźniej dzwoni telefon. Znajoma dama z urzędu informuje, że niestety nie mogą mi przyznać zaszczytnego tytułu, bo w tym miesiącu nagradzają wolne zawody. Czar pryska. Wracam na ziemię.

A propos kontroli.
Jedyną jaką miałem przyjemność przeżyć, była z Urzędu Pracy. Przyszło dwóch gości. Klasyczny duet, zły glina i dobry glina. Przez cztery godziny szukali cudzoziemców. Skąd miałem ich wziąć. Z braku takowych przyczepili się do akt personalnych. Brakowało dyplomów ukończenia szkół przez pracowników. Wyszli niepocieszeni udzielając nagany.

A teraz ZUS.
Moja ukochana skarbonka przypomniała sobie, że 9 lat temu źle wypełniłem jakieś dokumenty. Nie chodziło o pieniądze, tylko błędne rubryki. Niestety, nie wystarczyła korekta. Należało przekazać komplet deklaracji z 3 miesięcy ( jakieś 30 sztuk). Ściągam z netu najnowszą wersję superprogramu Płatnik. Przekopuję swoje archiwum. Odtwarzam bazę. Drukuję i wpadam w panikę. Poza jednym dokumentem wszystkie mają żle wyliczoną jedną ze składek. Sprawdzam tabele zaszyte w programie. Błąd. Próbuję poprawić. Nici. Wprowadzam swoje dane i gwałcę komunikat: czy zatwierdzać mimo błędów?
Oczywiście. Wysyłam dokumenty pocztą. Jest ok.
Tego samego dnia piszę maila do ulubionego urzędu. Uprzejmie informuję o ich radosnej twórczości. Nie wierzę, że nadejdzie odpowiedź.
I co. Jest. Już na drugi dzień. Wyjaśniają, że i owszem jest błąd i oni o tym wiedzą. W geście dobrej woli przysyłaję mi protezkę programową, którą mogę sobie puścić bokiem. Bokiem to ja sobie mogę puścić, ale co innego.
To jeszcze nie wszystko, jeśli ktoś kiedyś wynegocjował z ZUSem ratalny układ spłat, niech nie liczy, że wpłacone raty zasilą jego konto. System tego nie przewiduje. Dla niego twoje pieniądze znikają w wielkiej czarnej dziurze. Dziurze za ponad miliard złotych.

Teraz zajmiemy się TP (dawniej Telekomunikacja Polska).
Postanowiłem skorygować dane którymi dysponowała ta zasłużona instytucja. Wyobrażcie sobie, dotarłem do samego centrum komputerowego (nomen omen wówczas na ulicy św.Barbary). Pani kierownik zasiadła do klawiatury i osobiście wpisała poprawne informacje. Ja, pełen wdzięczności, pognałem po bombonierkę.
Po tygodniu dziewczyny mówią, że informacja telefoniczna TP twierdzi, że nie ma mojej firmy.
Niemożliwe.
Możliwe.
Pojawiam się ponownie na świętej ulicy. Przedstawiam problem. Pani sprawdza i mówi, że zniknąłem. Nie ma. Null. Zero. Jak, przecież wszystko wprowadziliśmy. Sam widziałem. Na własne oczy.
No tak, mówi, ale w międzyczasie mieliśmy małą awarię i znikło trochę rekordów. Ucieszyłem się, że na szczęście nie było dużej.

Na koniec zostawiam sobie Służbę Zdrowia. Może to nie urząd, ale spełnia wszystkie kryteria do tego zaszczytnego miana.
Mam zasadę. Nie chorować. Nie dlatego, że nie lubię. Przyczyna jest bardziej prozaiczna. Chorujesz, nie zarabiasz. Ale kiedyś coś mnie podkusiło. Poszedłem do przychodni rejonowej po poradę. A co, tyle lat płacę zdrowotne, to wymagam. W środku sami dyżurni bywalcy. Wszyscy się znają, wymieniają fachowe uwagi, kwitnie życie towarzyskie. Spytałem grzecznie, kto ostatni. Czekam. Po trzech godzinach moja kolej. Wchodzę.
Jakaś zmęczona kobieta w białym szlafroku wita mnie krzykiem:
- A pan do kogo należy?
Zgłupiałem, z tego co wiem, to już we wczesnym średniowieczu nie było u nas niewolnictwa. Rzucam nieśmiało:
-Do nikogo...
- No, którego lekarza pan wybrał?
Ryzykuję.
-...Panią...
Odpowiedź prawidłowa. Odetchłem. Mówię, z czym przychodzę. Pani doktór przerywa.
- Co pan myśli, że ja jestem specjalistką?
Trzaskam drzwiami. Już nic nie myślę.
Aha, z ostatniej chwili. Zauważyłem, że mam za krótkie ręce do czytania. Zrobiłem specjalistyczne badania oczu. Wynik, nieco mnie zaskoczył - mam sokoli wzrok.
OK.
Widocznie teraz drukują niewyraźnie.

Na koniec mały apel do wszystkich petentów, podaniodawców i urzędofobów:
Kochajcie ludzie urzędy. Kochajcie do jasnej cholery !!!